"Częściowo zatarte napisy starych tablic prowokują 

do podjęcia próby ich odczytania,

 spoza słów wyłaniają się ludzie, a każdy z nich to tajemnica,

niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju."

 

Wywiad z Anną Kocewiak

założycielką Stowarzyszenia Ochrony Zabytków Gminy Belsk Duży

imienia Jana Kozietulskiego,

nauczycielką języka polskiego w Publicznym Gimnazjum

w Belsku Dużym

 

 

-Mimo że jest pani nauczycielką języka polskiego wiele z tego, czym się pani zajmuje ma związek z historią, szczególnie historią regionu. Skąd wzięły się tego rodzaju zainteresowania, co panią osobiście w historii pociąga najbardziej ?

 -To, czego nie można znaleźć w podręcznikach, historia w jej najbardziej ludzkim, jednostkowym i osobistym wymiarze. Odkąd pamiętam fascynowała mnie przeszłość, która nie jest przecież czasem minionym bezpowrotnie. Zadziwiała różnorodność sposobów, na jakie to, co było, uobecnia się w tym, co jest, w naszej teraźniejszości. Tradycja, obyczaj, to, co nazywamy dziedzictwem kulturowym, kształtuje nie tylko zbiorową wrażliwość i wyobraźnię, ale i każdego z nas oddzielnie. Spadek po przodkach, w sensie nie tylko biologicznym, ale i kulturowym, determinuje  również nasz indywidualny sposób odczuwania i doświadczania życia i świata. Od dziecka towarzyszyło mi poczucie, czasem bardzo intensywne, iż przestrzeń, w której żyjemy, usiana jest znakami przeszłości, znakami, poprzez które wczoraj komunikować się może z dniem dzisiejszym.

Częściowo zatarte napisy starych tablic prowokują do podjęcia próby ich odczytania, spoza słów wyłaniają się ludzie, a każdy z nich to tajemnica, niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Ktoś już wcześniej, przed nami przemierzał te same ścieżki, patrzył w to samo niebo i na swój sposób zmagał się z wyzwaniem, jakie stanowi każda ludzka egzystencja. Istnieją miejsca, które ze szczególną siłą wydają się zapraszać do podróży w głąb czasu, do spotkania z Tymi, którzy zostawili w nich kiedyś cząstkę siebie.

 -Wiemy, że jest pani założycielką Stowarzyszenia Ochrony Zabytków Gminy Belsk imienia Jana Kozietulskiego. Jak zrodził się pomysł założenia stowarzyszenia o takim charakterze?

 -Potrzeba zajęcia się materialnymi śladami przeszłości w naszym najbliższym  otoczeniu z roku na rok stawała się coraz bardziej widoczna i pilna. Rosła też świadomość, że jedyną możliwością podjęcia działań w tej dziedzinie jest zaangażowanie w nie lokalnej społeczności. Zamiar skrystalizował się we mnie około ośmiu lat temu, po rozmowie z wojewódzkim konserwatorem zabytków z Radomia, panem Figlem. Stało się wtedy oczywiste, że możliwości finansowe i kadrowe instytucji z urzędu powołanych do opieki nad zabytkami są stanowczo zbyt małe, aby mogły one podołać olbrzymim potrzebom i obowiązkom. Stowarzyszenie okazało się przydatne jako podmiot prawny, sposób legalizacji społecznej inicjatywy, bez którego niemożliwa byłaby współpraca z mogącymi nieść pomoc w tej sprawie instytucjami czy gromadzenie środków finansowych.

 -Ilu członków liczy Stowarzyszenie w chwili obecnej?

 -Na grupę członków założycieli składało się siedemnaście osób. Trzy z nich z różnych przyczyn ( zmiana miejsca zamieszkania, zły stan zdrowia, śmierć) w międzyczasie odeszły. Muszę tu wspomnieć o nieodżałowanym skarbniku stowarzyszenia- panu Adamie Gustowskim. Służył nam swoją gromadzoną przez lata (śmiało można go nazwać regionalistą amatorem) wiedzą na temat przeszłości terenu, zdobytym w pracy zawodowej doświadczeniem księgowego, dokumentacją fotograficzną, bo z zamiłowaniem wykonywał zdjęcia. Wzorem dla nas wszystkich była jego pełna zaangażowania postawa wypływająca z autentycznej miłości do rodzinnych stron. Znali go tu wszyscy, cieszył się powszechnie szacunkiem i sympatią, co wielokrotnie ułatwiało nam dotarcie do konkretnych mieszkańców naszej gminy. Przybył nam tylko jeden nowy członek-nauczyciel historii w belskim gimnazjum , pan Krzysztof Wójcik. Grono naprawdę wytrwałych i zaangażowanych współpracowników ogranicza się jednak tak naprawdę do kilku zaledwie osób. Korzystając z okazji wyrazić chcę tutaj szczególne podziękowanie zakorzenionym w naszej okolicy od wielu pokoleń paniom: Bożenie Grzejszczyk z Małej Wsi i Alinie Gniadzik z Belska, a także aktualnemu księdzu proboszczowi parafii Belsk - Markowi Balcerzakowi. Jeśli działalność stowarzyszenia nie do końca jeszcze wygasła, to dzieje się tak dzięki postawie i zaangażowaniu tych właśnie osób. A okazji do zwątpienia w sens dalszych poczynań jak dotąd nam nie brakowało. Dziękuję również państwu Stefanii i Romanowi Piątkowskim z Małej Wsi. Chociaż stan zdrowia nie pozwala im obecnie na aktywny udział w naszych przedsięwzięciach, są Oni dla mnie niezmiennie od wielu lat źródłem wsparcia moralnego, za które czuję się  im serdecznie zobowiązana.

 -Jakie efekty osiągnęło Stowarzyszenie w swej dotychczasowej pracy?

 -Materialne efekty naszej działalności to przede wszystkim dziesięć poddanych fachowej, konserwatorskiej renowacji tablic epitafijnych w kaplicy cmentarnej- kolumbarium (potocznie zwanym katakumbami) w Belsku Dużym. Do współpracy udało nam się pozyskać naprawdę dobrych  specjalistów z renomowanej warszawskiej firmy konserwatorskiej „Monument”. Następnie kilka publikacji, co prawda w niewielkim nakładzie, takich jak wydany w roku 1999 zeszyt „Belsk w starej fotografii.” czy moje artykuły w  piśmie regionalnym - „Okolicy”, choć od niedawna istniejącym, jednak już zasłużonym w propagowaniu wiedzy o historii naszej małej ojczyzny. Mam jednak nadzieję, że udało nam się w choćby niewielkim stopniu osiągnąć cel znacznie ważniejszy - uświadomić przynajmniej niektórym mieszkańcom gminy potrzebę stałej troski o cenny, odziedziczony po przodkach spadek- wspólne dziedzictwo kulturowe.  

 - Jakie zabytki na terenie naszej gminy są pani zdaniem szczególnie godne zainteresowania?

 - Najcenniejsze to oczywiście zespół parkowo-pałacowy w Małej Wsi, kościoły w Lewiczynie, Belsku i Łęczeszycach oraz kaplica cmentarna-kolumbarium w Belsku. W Lewiczynie znajdują się  także pozostałości grodziska wczesnośredniowiecznego. W kompletnej, niestety, ruinie znajduje się w chwili obecnej klasycystyczny budynek poczty - zajazdu z czasów napoleońskich w centralnym punkcie Belska. Z prywatnych rozmów wiem, że nie jestem jedyną osobą, w której ten widok wywołuje dojmujące uczucie przykrości. Po terenie gminy rozsiane są też liczne zabytkowe kapliczki, obiekty czasem niepozorne, ale na swój sposób ciekawe. W moim odczuciu do zabytków warto byłoby również zaliczyć budynek dawnej mleczarni w Belsku czy wzniesioną w latach międzywojennych szkołę, powszechnie zwaną drewniakiem. Szkoda, że dla większości mieszkańców naszej gminy są to już tylko pozbawione wartości, kłopotliwe zawalidrogi, których jak najszybciej chcieliby się pozbyć.

 -Czy stowarzyszenie ma jakichś sponsorów? W jaki sposób zdobywacie pieniądze na ochronę zabytków?

 -Najwyraźniej brakuje w naszym gronie osoby dość pomysłowej i przedsiębiorczej, aby w skuteczny sposób pozyskać większe fundusze. W początkowym okresie istnienia stowarzyszenia zwracaliśmy się z prośbą, niekiedy nawet sformułowaną na piśmie, do różnych instytucji, w tym organów samorządowych. Nie znalazła się wśród nich ani jedna, która odpowiedziałaby na nasz apel pozytywnie. Niektóre nie zadały sobie nawet trudu, aby jakiejkolwiek, nawet odmownej odpowiedzi, również na piśmie nam udzielić.

Liczyć mogliśmy wyłącznie na ofiarność osób prywatnych. Wzruszała niekiedy hojność tych, dla których kwoty, być może obiektywnie niewielkie, stanowiły jednak znaczny w skali ich domowego budżetu wydatek. Niewielki jednorazowy dochód przyniosła również wspomniana już wcześniej publikacja „Belsk w starej fotografii.” Od pewnego czasu nie prowadzimy już jednak żadnych samodzielnych operacji finansowych.

 -Na patrona organizacji wybrany został Jan Kozietulski. Czemu właśnie on?

 -Wybór tej właśnie postaci wydawał nam się czymś najbardziej oczywistym. Szczątki bohatera spod Somosierry i Możajska spoczęły przecież w podziemiach kościoła parafialnego w Belsku. W pewnym sensie są naszą historyczną wizytówką, czymś, czym śmiało możemy się pochwalić przed osobami z zewnątrz. Jan Kozietulski to jedna z naszych najpiękniejszych legend patriotycznych epoki rozbiorowej. Ktoś, kogo umieją zidentyfikować nawet ci, którzy nigdy nie pasjonowali się historią. Dla niektórych symbol bohaterszczyzny, brawury, efekciarskiego „machania szabelką”. Niezbyt ładnie kojarzy się to z brakiem mądrości politycznej i umiejętności tworzenia trwałych w życiu społecznym wartości. Stąd pewnie posmak triumfu u demaskatorów legend i odbrązawiaczy na wieść o tym, że osławionej szarży pod Somosierrą nie udało się Kozietulskiemu osobiście doprowadzić do końca. Kontuzja w pierwszej fazie ataku na hiszpańskie umocnienia obronne wykluczyła go z dalszego w nim udziału. Jednak Kozietulski to nie tylko Somosierra. Dokładniejsza znajomość jego losów skłania, aby przyznać,  że rzetelnie zasłużył sobie na uznanie potomnych. Szkoda, że odwaga, wytrwałość, uczciwość, siła woli, wierność i poświęcenie tak bardzo dziś się zdewaluowały. Odpowiedzialność za to ponoszą między innymi gorliwi burzyciele mitów, którym dość skutecznie udało się przeprowadzić operację zwaną wylewaniem dziecka razem z kąpielą. Do postaci takich jak Kozietulski wracać warto, nie w naiwnym poszukiwaniu bohaterów bez skazy, bo tacy nie istnieją, ale w uznaniu dla tych, którzy z przyrodzoną słabością ludzkiej natury zmagali się,  jeśli nawet nie zawsze zwycięsko, to w każdym razie tak, że z czystym sumieniem można powiedzieć: To była piękna walka.

 -Jakie plany ma stowarzyszenie na najbliższe lata?

 - Jakiś czas temu zmuszeni byliśmy wycofać się z systematycznej organizacyjnej działalności. Została nas zaledwie garstka. Próbujemy nadal robić to, co w tych okolicznościach możliwe. Nie firmujemy już samodzielnie, jako organizacja, żadnych przedsięwzięć, ale zawsze chętnie włączamy się do współpracy z instytucjami takimi jak parafia, gmina czy szkoła. Nie tracimy też nadziei, że w miarę jak wiedza o przeszłości rodzinnych stron będzie się upowszechniać, pojawią się osoby, które podobną działalność zechcą kontynuować albo zainicjować nowe jej formy. Nie ukrywam, że osobiście wiążę nadzieje z moimi uczniami, wychowankami. Na ile to możliwe, staram się uczulać ich na sprawy, o których mowa. Na tyle, na ile są w stanie moje „morały” strawić. W końcu stanie na straży dziedzictwa kulturowego zawsze było jednym z najważniejszych zadań nauczycieli - polonistów.  Tę świadomość wpoili mi kiedyś moi nauczyciele, np. obecna pani dyrektor gimnazjum w Belsku Janina Pawełek. Jeszcze jedna osoba wykazująca zawsze zrozumienie dla wszelkich tego rodzaju potrzeb i działań, chętnie służąca zarówno radą, jak i wsparciem. Byli tacy, co „zarazili” mnie, może i mnie także uda się w końcu kogoś szacunkiem dla naszej wspólnej przeszłości zarazić. Bez tej nadziei praca nauczyciela języka polskiego byłaby zbyt trudna, a może w ogóle niemożliwa.

 - Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że ukończyła pani kurs na przewodnika. Czy mogłaby pani nam coś więcej o tym opowiedzieć?

 - Przez kilka miesięcy uczestniczyłam w zajęciach zorganizowanego przez warszawski oddział PTTK kursu dla przewodników po tym pięknym mieście. Niestety, było to już w okresie, kiedy pracowałam zawodowo, a spotkania odbywały się trzy razy w tygodniu, zajmowały wraz z dojazdem całe popołudnia i wieczory. Wracałam bardzo późno, a następnego dnia rano musiałam normalnie stawić się do pracy w szkole. Wkrótce zatem okazało się to zbyt wyczerpujące i nie do pogodzenia z obowiązkami nauczyciela- polonisty. Warszawa to jedno z trzech miast, które od zawsze mnie fascynowały. Dwa pozostałe to Wilno i Kraków. Wracam do nich tak często, jak to tylko możliwe. Od lat gromadzę varsaviana, podobnie zresztą jak literaturę dotyczącą Krakowa i Wilna. Warszawskie ulice i uliczki spenetrowałam dość dokładnie, wiedziona ciekawością i potrzebą serca w okresie studiów. Warszawa to miasto niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju - miasto królów, artystów, społeczników, uczonych, wreszcie uczestników wszystkich naszych narodowych powstań: Kilińskiego, Wysockiego, Sowińskiego i Ordona, Traugutta, Baczyńskiego i wielu innych.

Próbuję pokazać to  miasto moim uczniom w czasie licznych wycieczek.

 -Czy wystąpiła pani już kiedyś w roli przewodnika po naszej gminie?

 -Oficjalnie nigdy jeszcze nie występowałam w takiej roli. Dość często robię to jednak w sytuacjach prywatnych - oprowadzając po okolicy moich gości, przyjaciół. Kiedyś odwiedziłam z klasa, której byłam wychowawcą, pałac w Małej Wsi, ale tam w roli przewodnika wystąpił aktualny kierownik- gospodarz obiektu. Moi uczniowie nie reagują z nadmiernym entuzjazmem na propozycje wspólnych spacerów po okolicy- są zapewne przekonani, że znają tu każdy kąt i chyba nie do końca wierzą, że mogłabym im coś ciekawego o dokładnie w ich mniemaniu spenetrowanych  miejscach powiedzieć. W ubiegłoroczne ferie zimowe odważyłam się zaproponować gimnazjalistom wspólne odwiedziny w kościele parafialnym. Cóż, był to czas wolny od zajęć i w umówionym dniu przybyło ich aż…troje! Czy żałowali wspólnie spędzonego czasu nie wiem, miłosiernie zachowali to dla siebie, co też nie zdarza się często. Mieli w każdym razie okazję wdrapać się na wieżę kościelną i poznać imiona belskich dzwonów. Ciekawa jestem, kto z rodowitych belszczan potrafiłby je wymienić… Na wszelki wypadek uchylę rąbka tajemnicy. Są to Franciszek, Paweł Stefan i Stanisław. Imienia najstarszego nie udało się nam rozszyfrować.

Każdy z nich ma ciekawą historię. Dwa najstarsze są darem fundatora kościoła Bazylego Walickiego. Franciszek upamiętnia pontyfikat Jana XXIII i dzieło soboru watykańskiego II. Stanisław, ufundowany zaledwie w dwa lata po odzyskaniu niepodległości, w roku 1920, z ofiar parafian belskich, jak głosi napis na nim wyryty: „ na pamiątkę wskrzeszenia Polski”. Najmłodszy,

 

Paweł Stefan ( imiona ówczesnego papieża i prymasa) na wieży belskiego kościoła zawisł w roku 1963, a napis na nim brzmi:

                    „Imię moje Paweł Stefan

                      powołały mnie do życia

                  szlachetne serca parafian belskich

                staraniem księdza Tadeusza Kaźmierskiego

                         proboszcza w Belsku.

                    Wprowadzę w drugie tysiąclecie

                       Chrztu Świętego i będę głosić

                          Potomkom chlubne rządy

                             Jego Em. Kardynała

                             Stefana Wyszyńskiego

                                  Prymasa Polski

                                     A.D. 1963”

Ksiądz Tadeusz Kazimierski niespełna dwa lata sprawował funkcję belskiego proboszcza. Zmarł nagle, prawdopodobnie na serce, po kilkugodzinnej, wyczerpującej nerwowo rozmowie z przedstawicielami Urzędu Bezpieczeństwa, którzy ponoć byli dość częstymi gośćmi na plebanii w Belsku…

 -Chcieliśmy podziękować Pani za poświęcony nam czas i rozmowę.

 - Jeśli można, to chciałabym skorzystać jeszcze z prawa do ostatniego słowa, które w pewnych okolicznościach przysługuje przecież indagowanym…

 - Odmowa mogłaby okazać się dla nas niebezpieczna, trzeba w końcu dbać o dobre układy z wychowawcą…

 - To, co chcę powiedzieć, wydaje mi się dość ważne. Wbrew pozorom miejsce, w którym mieszkamy, nie leży na uboczu, z dala od głównych traktów historii. W XIII wieku niejaki Ścibor Belski był krótko biskupem płockim. Nasza najbliższa okolica to ziemia Pułaskich, Wybickich, Kozietulskich i Gaszyńskich.

Zostawili w niej swoje ślady, również materialne, Madaliński, Kościuszko, Niemcewicz czy ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski. Bardzo trafny wydaje się tytuł jednej z książek naszego pisarza- regionalisty Remigiusza Matyjasa „ Grójecka nieprowincja.” Z miejsca, w którym przyszliśmy na świat, mamy prawo być dumni.  Zaludniały je niegdyś dziesiątki osób noszących może mniej znane od już wymienionych nazwiska, ale dla naszych stron rodzinnych niezwykle zasłużonych, takich jak Bazyli Walicki, jego synowa Klementyna z Kozietulskich, przedwcześnie zmarły, lecz zdradzający zadatki wybitnych cnót obywatelskich wnuk - Aleksander Walicki. Ci najskromniejsi wreszcie, choć nie mniej zasłużeni i potrzebni: Antoni Bedliński- małowiejski administrator przepełniony autentyczną troską o poziom umysłowy i moralny tutejszej młodzieży wiejskiej; wzorowy i światły gospodarz Andrzej Żółcik czy przedwojenny kierownik belskiej szkoły, piękny przykład pedagoga- społecznika i patrioty Jan Kowalczyk. Tak się składa, że ci dwaj ostatni to historia naprawdę Tobie, Andrzejku i Tobie, Jasiu , najbliższa- historia waszych rodzin… Takie dziedzictwo zobowiązuje. Nie tylko do pamięci, ale i do próby naśladowania zasługujących na szacunek, prawdziwie obywatelskich postaw naszych przodków. Ich głęboka troska o miejsca nam najbliższe warta jest niewątpliwie podjęcia, kontynuowania.  

 

Wywiad przeprowadzili uczniowie klasy IIb Jan Kowalczyk i Andrzej Majda

                    

Wywiady     Strona tytułowa