Nie miałam nic, nawet domu ...

 

Wywiad z Marianną Wrzosek

(Polski Związek Byłych Więźniów Politycznych,

Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych)
 

Wiemy, że II wojna światowa zmieniła życie niejednego Polaka. Gdzie zastała babcię?

 II wojna mnie i mojego męża zastała w Warszawie, gdzie obydwoje mieszkaliśmy i pracowaliśmy. Ja byłam sprzedawczynią w sklepie z ubraniami, a mąż był budowlańcem, a potem taksówkarzem.

 Czy w jakiś sposób przeczuwaliście wybuch wojny? Poczyniliście jakieś przygotowania?

 Kiedy wybuchła wojna jedyne, co nam przyszło do głowy, to wywieźć swoje jedyne dziecko do rodziny męża na wieś, bo myśleliśmy, że tam będzie bezpieczniej.

 Jak wspominasz pierwsze dni zajęcia Warszawy przez wojska hitlerowskie?

 Było dużo nalotów, musieliśmy siedzieć w schronach. W wyniku jednego z nich zbombardowano nasze mieszkanie przy ulicy Tyszkiewicza. Musieliśmy przeprowadzić się do innego, po drugiej stronie korytarza, w tej samej kamienicy.

 Co utrwaliło Ci się w pamięci z lat okupacji do wybuchu powstania?

 Byliśmy młodzi, mieliśmy po niecałe 30 lat, więc dawaliśmy sobie radę. Sklep, w którym pracowałam, został zamknięty. Radziłam sobie, sprzedając przeważnie ubrania na pobliskim bazaru. Mężowi udało się zostać motorniczym. Nic przecież wtedy nie budowano, tylko odwrotnie. Tak więc do wybuchu powstania dawaliśmy sobie jakoś radę.

 Jak przebiegał pierwszy dzień powstania?

 Od rana łatwo było spotkać na ulicach Polaków w długich płaszczach, spod których wystawała broń. Po południu przyszedł Bolek (mąż) i powiedział, że o 17.00 wybuchnie powstanie. Szybko wybiegłam z domu, żeby zrobić jakieś zapasy żywności. Niestety, odgłosy syren zastały mnie na Okopowej, choć do domu miałam niedaleko, Niemcy zapędzili nas do schronów i nie pozwolili wychodzić. Wypuszczano nas następnego dnia, po tym jednym dniu nie mogłam poznać, gdzie jestem. Pełno gruzów i barykad. Z trudem w ogóle dotarłam do domu!

 A co wydarzyło się później?

 Myśleliśmy z dziadkiem, że jakoś przeczekamy. Pomagaliśmy napełniać butelki benzyną, a powstańcy, czasem jeszcze dzieci, przychodzili odbierać je, by atakować nimi niemieckie czołgi. Walki jednak były bardzo zaciekłe i coraz bliżej nas. Z ciężkim sercem musieliśmy opuścić nasze mieszkanie. Zatrzymywaliśmy się na dzień, dwa u rodziny i znajomych i znowu gdzie indziej. Szukaliśmy schronienia, byle dalej od centrum walki.

 Jak długo to trwało?

 Do początku września. To były dla mnie najgorsze dni.

 Dlaczego najgorsze?

Bolek często wychodził, by sprawdzić, gdzie jest bezpieczniej, gdzie można dostać coś do jedzenia. Jednego dnia wyszedł z kuzynem i już nie wrócili. Zostali zabici przez Niemców na ulicy Kilińskiego, ale o tym dowiedziałam się dopiero po wojnie. Poczekałam kilka dni, a potem sama zaczęłam go szukać. Raz nie dali nam wyjść ze schronu. Nie wiem, ile dni to trwało. Gdy było po wszystkim, Niemcy wygnali nas ze schronu, potem rozłączyli kobiety od mężczyzn. Nie słyszałam, by któryś z nich przeżył. Nas pognano do Pruszkowa, tam musiałyśmy oddać wszystkie rzeczy, łącznie z ubraniami, które miałyśmy na sobie. Odcięto nam włosy i poddano kąpieli, po czym dwa dni, nagie i głodne, trzymano nas w piwnicy. Po tych dwóch dniach, ubrano nas w pasiaki, wsadzono w bydlęce wagony wywieziono. Nie wiem, ile jechałyśmy. W wagonach było ciemno, nie wiedziałam nawet, kiedy jest dzień, a kiedy noc. Gdy otworzono wagony, dowiedziałyśmy się, że jesteśmy w Oświęcimiu.

 Jak wspominasz tamten okres?

 Wbrew pozorom, nie aż tak źle. Przede wszystkim dostawałyśmy całkiem dobre jedzenie – trzy razy dziennie. Spałyśmy wtedy w barakach, na drewnianych pryczach. Najważniejsze, że nie musiałyśmy tam pracować, bo byłyśmy tam przejściowo.

 Więc jak długo była babcia w Oświęcimiu?

 Od razu było wiadomo, że będziemy tam tylko dwa tygodnie na kwarantannie i może dlatego traktowano nas inaczej i nie było tak ciężko.

 Gdzie trafiłaś później?

Dalej znowu w bydlęcych wagonach, przewieziono nas już do Niemiec do obozu Ravensbück. Tam, tak jak w Oświęcimiu poddano nas kwarantannie. Nie wiem po co, bo od brudu i robactwa, to tam się aż trzęsło. Z Ravensbück najbardziej pamiętam brud, robactwo i przeokropne zupy z buraków i czerwonej kapusty – raz dziennie.

 A po Ravensbücku?

 Po dwóch tygodniach w Ravensbücku wywieziono nas do Buchenwaldu, a stamtąd nasze komando do obozu pracy w Meuschwitz.

 Czym się tam zajmowałaś?

 Była to fabryka amunicji. Ja czyściłam w jakimś roztworze pociski do karabinu, myłam i pakowałam do skrzyneczek. Każdy pocisk miał swój numer i musiałam układać je po kolei, bo było to bardzo ważne. Za złe pakowanie można było oberwać. Starałam się pracować jak najlepiej i nigdy nie zostałam pobita z powodu złej pracy. Pracowałam tak siedem miesięcy.

 Jak wyglądał zwykły dzień pracy w obozie?

 Wstawałyśmy o 6.0, potem apel i jedzenie. Bochenek chleba na cztery osoby na cały dzień. Następnie praca do obiadu, przerwa no coś, co miało być zupą i znów praca do wieczora. Tak przez dwanaście godzin, siedem miesięcy. Potem zaczęły się naloty amerykańskie na fabrykę. To były straszne dni. Ginęło wielu więźniów. Wszędzie widać było strzępy ludzkich ciał, nawet na drzewach. Niemcy nie panowali już nad sytuacją. Rozpuścili nas na wolność do pobliskich lasów. Trzymałyśmy się we trzy. Znalazłyśmy opuszczony szałas w lesie i tam zamieszkałyśmy, a jadłyśmy to, co dostałyśmy od życzliwych Niemców. Nie wiem już, jak długo to trwało. Potem wkroczyli Amerykanie, ale poza tym, że dostałyśmy od nich po tabliczce czekolady, to przeżyłyśmy dzięki Niemcom, którzy dalej dawali nam jedzenie.

 Jak trafiłaś do Polski?

Nie pamiętam już, jak to się stało, ale znów w bydlęcych wagonach, na stojąco, bez światła i jedzenia, wracałyśmy prosto do Warszawy. Tam były tylko ruiny, naszego domu już nie było. Postanowiłam dotrzeć do rodziny na wsi i do córki. Tam dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że mój mąż zginął.

 A w jaki sposób wojna wpłynęła na Twoje dalsze życie?

Po śmierci męża nie miałam nic, nawet domu. Zamieszkałam więc z córką u brata Bolka i jego żony na wsi. Byli dość bogaci. Musiałam u nich pracować wiele lat. Dopiero gdy Halina wyszła za mąż, dostała część majątku po szwagrze, bo oni nie mieli dzieci i traktowali ją jak córkę. Nadal mieszkałyśmy w jednym domu, ale był duży. Było już trochę lżej.

 

Wywiad przeprowadził Jan Kowalczyk
z klasy IIb
(prawnuczek Pani Marianny, która w tym roku kończy 95 lat )

Strona tytułowa     Wywiady