„Mów mi Zdzisiek”

- wspomnienia uczniów i nauczycieli -

 
 

Pani Beata Hermanowicz

 

Ksiądz Prałat Zdzisław Peszkowski miał wspaniały dar - potrafił mówić o rzeczach wielkich i trudnych prostymi słowami.

Pamiętam, jak powiedział do nas, gimnazjalistów i nauczycieli:  "Proszę Was o jedno, czy możecie mi to jedno obiecać, proszę Was -  KOCHAJCIE POLSKĘ!  Któż inny ma  Ją kochać, jak nie my POLACY?!"  Poprosił wszystkich o powstanie, abyśmy zaśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła....." i sam zaczął śpiew mocnym głosem.

Pomyślałam, że tak śpiewali Polacy w różnych chwilach historii naszego narodu, nie myśląc może, że to nasz hymn państwowy, lecz całkiem dosłownie rozumiejąc słowa, że Polska nie zginęła i nie zginie, póki MY żyjemy, stoimy tu i śpiewamy jednym głosem, bo KOCHAMY POLSKĘ!  Pewnie tak śpiewali w radzieckiej niewoli, w Powstaniu Warszawskim, pod Monte Cassino, w różnych miejscach i czasach. Wielu z tymi słowami na ustach umierało. Myślałam, że dziś my stoimy i śpiewamy razem, a to znaczy, że też jesteśmy częścią tej historii.

Każdy z nas każdego dnia tworzy historię Polski i nie pozwala by zginęła - pracując, ucząc się, dokonując wyborów życiowych dróg. Dziś my przejmujemy pałeczkę w tej sztafecie pokoleń i nie możemy zmarnować tego, za co najlepsi ludzie ginęli w przeszłości. Nam też nie może być  wszystko jedno, chociaż dziś nie musimy chwytać za broń. Patrzyłam na Księdza Peszkowskiego i myślałam, że On sam i inni wspaniali ludzie Jego pokolenia podarowali nam tak wiele... Łzy same popłynęły.....

To cecha ludzi wielkich, że tak zwyczajnie trafiają do umysłów i serc.

 

Paulina Pruszkowska

Dzień wizyty Księdza Prałata Zdzisława „Jastrzębiec” Peszkowskiego w naszym gimnazjum jest jednym z najbardziej pamiętnych dni w moim życiu, a na pewno najpiękniejszą i najciekawszą lekcją historii, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłam. Oczywiście na tę okoliczność przygotowana została akademia, jednak, mówiąc szczerze, niewiele z niej pamiętam, a właściwie nic – postać Ks. Peszkowskiego przyćmiła wszystkie wypowiedzi, słowa – oprócz Jego własnych. Nie sposób teraz opisać dokładnie, co zostało nam przez Niego przekazane, ponieważ jest to z pewnością temat na dłuższą opowieść, jednak postawa i zachowanie tego człowieka wywarło na mnie naprawdę ogromne wrażenie.

Pamiętam to doskonale – dla Księdza Prałata przygotowane było krzesło, by mógł usiąść i mówić do nas, nie męcząc swoich nóg. On jednak podziękował za nie i powiedział, że będzie stał (wiedząc, jak dużo ma nam do opowiedzenia i ile czasu to zajmie). I wtedy zauważyłam, że raczej nie jest to taki człowiek, który przyjeżdża, przekazuje coś i odjeżdża, a już za kilka dni uczniowie mają problem z przypomnieniem sobie, kto to był. I myślę, że inni również odnieśli podobne wrażenie. Cały czas słuchałam Księdza z wielkim zainteresowaniem i przejęciem. Nie czułam upływającego czasu.

Jednak tym, co wywarło na mnie okazało się dla mnie najważniejsze i najbardziej przemawiające, był fakt, iż po zakończeniu swoich wspomnień, Ksiądz Peszkowski poprosił nas, abyśmy po kolei podchodzili do Niego, podawali rękę i mówili swoje imię, a On będzie szczęśliwy, że jesteśmy „na ty” i że widząc nas kiedyś na ulicy, będzie mógł powiedzieć: „ja ich znam, to moi znajomi z Belska”. Gdy podeszłam, usłyszałam z Jego ust: „mów mi Zdzisiek” i wtedy naprawdę poczułam ciepło tego nieprzeciętnego człowieka. Nadal jestem pod wrażeniem wielkości Księdza Prałata  i nie zapomnę Jego postawy do końca swojego życia.

 
 

Mariusz Walkiewicz

To był pochmurny, chłodny kwietniowy dzień roku 2006. A w naszym gimnazjum aż wrzało od emocji. Pojawił się szczególny gość. Był to ks. Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski - były jeniec z Kozielska, żołnierz Andersa i kapelan rodzin katyńskich. Prowadził akcje wspierające rodziny tych, którzy zginęli w obronie Polski przed nawałnicą ze Wschodu. Działał poza granicami i wspierał rodaków podczas rządów komunistycznych w Polsce.

Tego dnia uczniowie zaprezentowali program ku czci tych, którzy zostali okrutnie zamordowani w lasach Katynia, Miednoje i Charkowa. Nasz gość z uwagą oglądał, co przygotowali gimnazjaliści. Nie pozostał nam dłużny…To my po wsze czasy będziemy jego dłużnikami. Po przedstawieniu  wstał i z żołnierską, męską postawą opowiadał nam o tamtych straszliwych czasach; opowiadał o ataku ZSRR na Polskę, o więzieniu w Kozielsku i panujących tam wyjątkowo trudnych warunkach. Mówił nam o działaniu na rzecz rodzin tych, co zostali bestialsko, nieludzko zamordowani. Haniebna to śmierć dla oficera stanąć tyłem do oprawców, dostać kulkę w potylicę i bezwładnie runąć do ,,rowów śmierci’’.

Ksiądz Peszkowski mówił tak ciekawie, że wydawało się, że czas stanął w miejscu, że nie ma nic, że nie ma nikogo prócz niego. Mówiąc, cały czas stał zachował żołnierską postawę pomimo podeszłego już wieku. Ja sam siedziałem na widowni i przyglądałem się temu wszystkiemu uważnie. Tak słuchałem, że jego słowa na długo zapamiętam. Jego głos był jak dzwon. Może nie za bardzo silny akustycznie, ale uderzał potężnie w uczniowską duszę.

Po jego przemowie każdy uczeń ubrany elegancko w swą togę mógł podejść do niego na chwilkę i uścisnąć dłoń. Każdy wówczas doznał przy nim różnych uczuć. I przyszła kolej na mnie…Grzecznie podszedłem do lekko przygarbionej postaci księdza, leciutko ukłoniłem się w geście szacunku i wówczas to się stało…Poczułem jego spojrzenie. Było pełne miłości. Wtedy uniósł dłonie, dotknął moich policzków i powiedział: ,,Trzymaj się’’. Gdy odchodziłem nie zważając na obecność innych uczniów, odwróciłem się, by jeszcze raz ujrzeć jego oblicze. Minął ten dzień. Ale jego słowa cały czas brzmiały w moim wnętrzu i słyszę je cały czas. Kiedy ogarnia mnie lęk, zwątpienie, bunt - ja cały czas słyszę jego ,,Trzymaj się’’

Ksiądz Peszkowski odszedł do domu Pana ubiegłego roku. Myślę, że Pani Pawełek - dyrektor naszej placówki, zrobiła najlepiej, że nasze gimnazjum otrzyma imię  ks. Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego. My, gimnazjaliści, możemy czuć się z tego powodu dumni. Niezmiernie dumni…

Jestem pewien, że dobrotliwy staruszek błogosławi nam z niebios i w trudnych chwilach nadal do mnie i innych gimnazjalistów mówi: ,,Trzymaj się’’...

 
Katarzyna Kowalska
 
Dwa lata temu spotkaliśmy się z niecodziennym człowiekiem. Starszym Panem, który charyzmatycznym głosem, cały czas stojąc, opowiadał nam historię swojego życia i życia - czy raczej śmierci - polskich oficerów. Sprawił, że zwykła akademia zamieniła się w niezwykłe doświadczenie -  mogliśmy spleść  losy pomordowanych ze swoimi. Jeden człowiek sprawił, że naprawdę zrozumiałam tę tragedię, i tę historię. Był to ksiądz Peszkowski. Nieprzeciętny człowiek, wielki kapłan, który uważał się za zwykłego księdza.
 

Ksiądz Peszkowski był całkowicie poświęcony temu, co robił, przeszkody traktował jako wyzwania rzucane przez Boga. Był jak dotknięcie światłości i mimo że nie może już uścisnąć nam ręki, to poprzez swoją historię wciąż dzieli się z nami dobrocią, jaką posiadł.

Wiadomość o jego śmierci nadeszła niespodziewanie. Było to wielkie zderzenie wspomnień z rzeczywistością. Bo któż mógł się spodziewać, że ksiądz, którego cała nasz młodzież słuchała z takim zainteresowaniem, ksiądz, któremu nawet młodzi ludzie mogli pozazdrościć energii, będzie martwy. Ja nie mogłam sobie tego wyobrazić, zwłaszcza że śmierć dla mnie nadal jest czymś odległym i przeraźliwym. Ale rzeczywistość przemówiła do nas nieubłagalnymi faktami.

16 października 2007 roku pojechaliśmy do archikatedry Św. Jana Chrzciciela. Wszyscy odświętnie ubrani w togi i birety, z głowami pełnymi wydarzeń sprzed dwóch lat, gdy ksiądz był z nami, w naszej szkole. Przed kościołem stał tłum ludzi chcących oddać hołd prałatowi Peszkowskiemu i jego działalności. Do środka wpuszczali niewielu, w tym nas, może ze względu na piękne stroje. Kościół był pełny ludzi, którzy osobiście chcieli po raz ostatni pożegnać tego wspaniałego człowieka. W ich głowach z pewnością przewijały się wspomnienia ze spotkań, rozmów i spędzonych z księdzem chwil. Ich oczy, wpatrzone gdzieś w dal, trwały w zadumie i raz po raz okrywał je cień smutku. Tego dnia wszyscy nieznajomi byli sobie bliscy. Rozumieli się bez słów. Łączył ich żal po stracie tak wspaniałego człowieka. Żal, że nie poznali go bliżej, żal za słowami, których mu nie powiedzieli, nie zdążyli powiedzieć...

Po mszy ciało Prałata Peszkowskiego zostało przewiezione w uroczystym kondukcie żałobnym do Świątyni Opatrzności Bożej, gdzie zostało złożone w Krypcie Zasłużonych Polaków. Niewątpliwie to zaszczyt, choć według mnie powinien on zostać pochowany, w miejscu, z którym związał całe swoje życie, a które zawsze wyznaczał na miejsce swojego pochówku, w Katyniu.

Pod Świątynię Opatrzności Bożej podjechaliśmy spod archikatedry specjalnymi autobusami. Kiedy tam weszliśmy, przemawiał akurat jeden z przyjaciół księdza z harcerstwa. Jego słowa tak proste, lecz przepełnione siłą i żalem, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Przez proste „Czuj, czuwaj” wyraził on to wszystko, na co ja potrzebowałabym wielu słów. Potem czekaliśmy na te kilka sekund modlitwy przed grobem Prałata. Nie żałowałam godzin czekania. Każda minuta spędzona na tej uroczystości była swoistym hołdem, który złożyliśmy księdzu Peszkowskiemu. Każdy moment był wyrazem pamięci i refleksją nad jego życiem, ale też nad tym, jak my powinniśmy przeżyć nasze własne życie. Mimo że nie było go już wśród żywych, nadal dawał i wciąż daje nam przykład jak żyć. Bo przecież historia nie jest tylko po to, żebyśmy pamiętali, lecz po to, byśmy nie popełniali tych samych błędów. On uczył nas, żeby wybaczać, pamiętać i nie powtarzać tych samych pomyłek. W końcu, jeśli nie nauczymy się przebaczać, nigdy nie będziemy umieli pamiętać, bo tylko dzięki wybaczeniu możemy odkryć całą prawdę. Całe swoje życie ksiądz Peszkowski był światłem prawdy pośród mgieł ciemności, które przez tyle lat okrywały Polskę i jej mieszkańców.

Uroczystości pogrzebowe niewątpliwie były piękne, wzruszające i wywarły na mnie niezwykłe wrażenie. Nie mogło być inaczej, w końcu sam ksiądz Peszkowski był osobą nieprzeciętną. Cieszę się, że nasze gimnazjum od tego roku będzie nosić imię tak zacnego człowieka, który nigdy nie uważał siebie za kogoś niezwykłego.

 

Magdalena Królikowska

 

Wiadomość nadeszła nagle. Nikt się nie spodziewał tak smutnego wydarzenia....

Delegacja uczniów Publicznego Gimnazjum w Belsku Dużym wraz z nauczycielami, 16 października 2007 roku, udała się na bardzo ważną uroczystość- pogrzeb Ks. Zdzisława Peszkowskiego. Był to podniosły dzień, który zostanie na zawsze w mojej pamięci. Każdy obecny miał przed swymi oczyma postać, która zasłynęła z niewyobrażalnej dobroci i życzliwości. Nietrudno sobie wyobrazić ile smutku i przygnębienia kryły serca osób, dla których postawa Ks. Peszkowskiego była bezcenną  wartością. Można byłoby wyliczać w nieskończoność Jego zasługi, uznania… Jednak ja skupię się na tym, aby przybliżyć przebieg dnia, podczas którego żegnaliśmy naszego Księdza Prałata Zdzisława Peszkowkiego.

Dotarliśmy do Archikatedry Św. Jana Chrzciciela. Pamiętam, że był tam ogromny tłum ludzi. Do kościoła nie wpuszczano wszystkich - my akurat zostaliśmy wyróżnieni, dzięki temu, że mieliśmy na sobie togi, które wywołały pewien zachwyt w tamtejszym towarzystwie. Wiele osób zadawało dość zabawne pytania: A skąd wy jesteście? Może z Oxfordu? Nie ukrywam, że były to komentarze, które wywoływały dumę w naszych sercach. Jednak to, na co powinniśmy zwrócić uwagę - panowała atmosfera życzliwości, więzi międzyludzkiej, której teraz świat potrzebuję, a to jest dowód, że Ks. Peszkowski otaczał się osobami przepełnionymi miłością.

Po mszy, która była pełna wspomnień z życia naszego Prałata, jego ciało zostało przywiezione do Świątyni Opatrzności Bożej. Tam zostało złożone w Krypcie Zasłużonych Polaków. Wiele jest opinii na temat miejsca pochówku. Powodem jest fakt, że Ks. Zdzisław Peszkowski chciał, aby jego ciało spoczywało w Katyniu.

Dotarliśmy do tego miejsca dzięki specjalnemu autobusowi. Muszę przyznać, że chwila przejazdu także została mi w pamięci, a to ze względu na tłok, który nam towarzyszył. Niejednokrotnie pasażerowie dostali łokciem w głowę, jednak nikt wtedy się tym nie przejmował - myśli każdego były przy Ks. Peszkowskim. Gdy byliśmy już na miejscu, przemawiał przyjaciel Prałata z harcerstwa. Wprowadził on zgromadzonych w czas zadumy i rozmyślań. Hasło: „Czuj, czuwaj” miało w sobie moc, szczególne znaczenie. Nigdy nie zapomnę tego przemówienia.

Wszyscy czekaliśmy na to, aby choć przez moment w ciszy i skupieniu móc odmówić modlitwę przed grobem Księdza Prałata Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego.

Nie był to zwykły człowiek, nie był też osobą, obok której można było przejść obojętnie. Osobiście uważam, że nadanie naszemu gimnazjum imienia Księdza Zdzisława Peszkowskiego jest trafną decyzją.

 

Joanna Krajewska

Spotkanie z Księdzem Prałatem Zdzisławem Jastrzębiec Peszkowskim było dla mnie ogromnym przeżyciem; było niezwykle ciekawą lekcją historii, której nigdy nie zapomnę. To pierwsza osoba, która w tak piękny sposób opowiedziała mi swoje losy. Przekazał nam swoje uczucia jak najlepiej mógł. Podczas tego spotkania niejednemu uczniowi zakręciła się łza w oku. Bardzo się cieszę, że miałam okazje poznać tak wspaniałą osobę.

 

Kasia Słomińska

Spotkanie z księdzem Peszkowskim było dla mnie czymś niezwykłym. Ten starszy już człowiek opowiadał o swoich przeżyciach tak spokojnie i subtelnie. Słuchało się jego słów z ogromnym zaciekawieniem. Mnie osobiście było trochę głupio, ponieważ uczniowie przez cały czas opowieści siedzieli, a On stał. To był starszy człowiek, spracowany, utrudzony losem, zmęczony życiem, ale wspaniały - jego słowa pozostaną w mej pamięci na zawsze: w życiu kierował się czterema P: PRAWO, PRZEBACZENIE, PRAWDA i PAMIĘĆ.

Elżbieta Świstak

Z samego dnia niewiele pamiętam - najlepiej to, jak ks. Zdzisław Peszkowski z przejęciem opowiadał o zdarzeniach z Katynia. Sama obecność kogoś tak wielkiego była dla każdego z gimnazjalistów wyjątkowym przeżyciem. Pięknym doznaniem było uściśnięcie dłoni tak wspaniałemu człowiekowi i powiedzenie mu swojego imienia. Tego akurat do końca życia nie zapomnę.

Joanna Kuberska

Ja niestety niezbyt dokładnie pamiętam spotkanie z księdzem Peszkowskim. Najbardziej mi utkwiło w pamięci, jak wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy byliśmy na apelu, podchodziliśmy do księdza, podawaliśmy mu ręce i mówiliśmy swoje imię. Pamiętam również, to, że ksiądz, gdy do nas mówił nie chciał usiąść, ale cały czas stał, mimo swojego wieku. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu i poznać księdza.

Damian Moranowicz

Choćspotkanie z ks. Peszkowskim było 2 lata temu dobrze je pamiętam i nie zapomnę go do  końca życia. Ksiądz, gdy do nas mówił, cały czas stał. Jego przemowa trwała dość długo, ale była tak piękna, że aż chciało się jej słuchać. Na koniec ks. Peszkowski   podał każdemu z nas rękę - było dla nas wielkim zaszczytem uścisnąć dłoń tak wspaniałemu człowiekowi!

Aldona Wójcik

Po spotkaniu z Księdzem Profesorem Zdzisławem Jastrzębiec Peszkowskim byłam dla niego pełna podziwu. Opowiedział jak wiele przeżył, a mimo to pozostał autentycznym człowiekiem pełnym zadumy, prostoty, serdeczności i otwartości dla każdego; człowiekiem, który kocha młodzież. Mogliśmy to zobaczyć w jego zachowaniu, czynach, słowach, które do nas kierował. Jeszcze nigdy nie spotkałam osoby takiej jak on i uważam, że mogę być dumna z tego, że miałam okazję się z nim zetknąć.

 

Strona tytułowa nadanie imienia